Cisza leczy duszę
Wasilij Rozanow
Kochamy odpoczywać.
Jednym wystarcza odrobina luksusu, jaką daje święty spokój w domowym zaciszu,
innym marzą się egzotyczne, ciepłe plaże lub szusowanie w Dolomitach. Są tacy,
którym do szczęścia potrzebna jest cisza. Tylko w Nieskończonej Ciszy można usłyszeć
samego siebie. Okazja była znakomita, bo nadszedł czas ferii i miałam kilka dni
na odpoczynek. To będzie czas tylko dla mnie, bez spotkań, telewizji,
cywilizacji, z daleka od miejskiego szumu.
Współczesny świat stał się tak absorbujący, że nie mamy czasu zastanowić się
dokąd i po co tak biegniemy, spieszymy się dla samego pośpiechu. Bardzo lubię
te chwile, kiedy mogę całkowicie zanurzyć się w ciszy, pobyć sam na sam ze
swoimi myślami i odkrywać życie na nowo.
Moja rodzina jest przyzwyczajona do moich
letnich samotnych wyjazdów, ale tym razem miałam wyjechać zimą, zupełnie sama, z daleka od cywilizacji, bez, tak
się wydaje, bardzo potrzebnych luksusów. Mnie to nie przerażało, chciałam podarować
luksus swojej duszy. Najtrudniej było wstawać rano, kiedy dzień zaczynał się mozolnym
odśnieżaniem ścieżki do drewutni, przynoszeniem drewna do pieca,
paleniem i oczekiwaniem ze zziębniętymi
rękoma na ciepłą, cynamonową herbatę. Smakowała
wybornie. Nie był to pięciogwiazdkowy hotel, ale miałam wszystko, mogłam
wyruszyć na spotkanie siebie, poznałam smak czasu i piękna. Za oknem
rozpościerała się przestrzeń, która dawała poczucie zjednoczenia z przyrodą
i nieskończonej wolności od wszystkiego.
Byłam tylko ja,
ogień buszujący w piecu i cisza. Tutaj nic nie było ważne, liczyła się ta
chwila, chociaż przestawienie się z czasu, który pędzi na taki, który płynie,
bywa trudne. Takie wyhamowanie jest szczególnie potrzebne, kiedy wydaje ci się,
że wszystko musisz zrobić perfekcyjnie i
jesteś w tym niezastąpiona. Każdemu kiedyś wyczerpują się „baterie”, nawet
najbardziej energetycznym i muszą się zatrzymać, popatrzeć czy są na właściwej
drodze.
W mojej magicznej krainie mogłam też zadbać o zdrowie i
codziennie wyruszałam na kilkugodzinny marsz z kijkami. Ośnieżony las, gdzie
nie ma śladów ludzkiej stopy
sprawił, że poczułam się częścią przyrody.
Mogłam uważniej, spokojniej, wnikliwiej być z lasem.
Cisza, cisza i
tylko przez kilka chwil powiało grozą, tak dosłownie bardzo mocno powiało i
czułam potęgę przyrody, stałam malutka i całkowicie bezbronna w tym pięknym
miejscu. Drzewa uginały się pod ciężarem
śniegu a wiatr groźnie huczał zasypując ścieżki śniegiem. Ekstremalne
doznania. Tylko lis i kilka saren przebiegło obok, jakby mnie tam nie było,
byłam częścią lasu. Nie czułam strachu, po prostu BYŁAM. Takie obrazy zapisują
się w pamięci na całe życie i dają siłę, bo przecież dałam radę.
Najbardziej magiczne
były wieczory z ogniem opowiadającym
radosne historie, mogłam patrzeć, grzać się i słuchać. Jestem spod znaku ognia,
miałam więc przyjaciela do rozważań. Te chwile były bezcenne, miałam siebie
tylko dla siebie. Do mojej samotni
dołączył motyl i kilka zaspanych biedronek, było nam dobrze.
Przekroczyłam granicę, która przywraca
równowagę pomiędzy ciałem i duszą. Nie
miałam ochoty wracać do cywilizacji. Teraz, kiedy wiem jak to jest być ze sobą i widzieć lepiej, więcej, uważniej, wrócę do mojej samotni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Skomentuj...